Kiedyś bardzo
chciałam pojechać do Czarnobyla. Pociągała mnie aura tajemnicy
wokół tego miejsca. Potem Prypeć stał się zbyt popularnym
kierunkiem, więc jechać tam chciało mi się już mniej. Po
lekturze książki Swietłany Aleksijewicz „Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości”
nie pojadę tam na pewno: dla mnie wyjazd byłby rozrywką, a dla
„czarnobylskich” - chodzeniem po grobach.
Musiałam ochłonąć,
zanim usiadłam do recenzji. Dałam sobie tydzień. W tym czasie –
żadnych innych książek. Żeby pozbierać myśli, nabrać dystansu
i nie zakłócać odbioru reportażu Aleksijewicz. Zresztą,
zaangażowanie się w jakiekolwiek lektury w międzyczasie byłoby
nawet niezręcznym. Tak jak rzucenie się w objęcia kochanka
natychmiast po pogrzebie męża.
Wrażenie robi przede
wszystkim pierwszy reportaż składający się na „Czarnobylską
modlitwę” - monolog żony zmarłego strażaka, który miał
nieszczęście pracować przy likwidacji awarii reaktora. To opowieść
o bólu, miłości, poświęceniu siebie dla najbliższej osoby i
wszechogarniającej pustce po jej utracie. Ze stron książki słychać
krzyk kochającej małżonki, która widzi rozkładające się na
kawałki napromieniowane ciało żywego jeszcze przecież męża.
Kobieta opisuje wszystko dokładnie – czytelnik „widzi” tego
strażaka, niemal czuje jego zapach. Tak, jakby również był
świadkiem czarnobylskich wydarzeń. Zbliża się więc do bohaterów
i przeżywa wraz z nimi osobiste tragedie.
Dalej jest nie mniej
dramatycznie. Do głosu dochodzą nie tylko matki usuwających skutki
awarii strażaków, czy jak zwykło się ich nazywać po Czarnobylu
– likwidatorów – oraz ich schorowani potomkowie, ale także
ludzie zwykli i niezwykli. Oto fizyk jądrowy, profesor, człowiek
swoich czasów, który na tyle ślepo ufał systemowi radzieckiemu,
że gotów był poświecić własne dzieci na ołtarze wiary w
„pokojowy atom”. Z drugiej strony jest była pielęgniarka,
starsza już kobieta, co parę dni po katastrofie miała za zadanie
uspakajać mieszkańców okolicznych miejscowości, kłamiąc, że
nic im nie grozi. Od dwudziestu lat ma wyrzuty sumienia, gdy wspomina
dzieci, beztrosko bawiące się w piaskownicy albo łowiące ryby w
pobliskiej rzece. Albo inna starsza kobieta, wyznająca, że
świadomie zrezygnowała z macierzyństwa, bojąc się, że „urodzi
potworka”. Są też likwidatorzy, ciężko doświadczeni chorobą
popromienną – dziś pewnie nie żyją, ale wówczas, w rozmowie z
reporterką żartowali ze stu gramów przydziałowej wódki, którą
musieli znieczulić zmysły i umysły przed ponadprogramową wyprawą
pod reaktor. Wszyscy szukają odpowiedzi na pytanie: w imię czego
ponieśli tak wielkie straty.
Nieraz pada w książce
zarzut w stronę władzy. Że oszukała, okłamała, skazała ludzi
na ból i cierpienie. Jak kamienie, rzucają bohaterowie Aleksijewicz
oskarżenia pod adresem partyjnych działaczy. Tylko jedna osoba
podnosi kamień – były pierwszy sekretarz rejonowego KPRZ. Ale nie
odrzuca go z powrotem w tłum. Przyjmuje zarzuty. Nie próbuje się
usprawiedliwiać, tylko wytłumaczyć swoją postawę. Szuka
zrozumienia. „Moja wnuczka ma białaczkę... Zapłaciłem za
wszystko...” - mówi. I na koniec: „Jestem człowiekiem swojego
czasu... Nie zbrodniarzem...”
Książka tysiąca głosów – tak można określić „Czarnobylska modlitwę”. Z jej stron przemawiają bohaterowie, Aleksijewicz się nie wtrąca. Uważnie wysłuchuje świadków katastrofy, a oni uzewnętrzniają się przed reporterką. Ze wspomnień, które nawet po latach (materiał do książki zbierany był od 1986 do 2005 roku) nie dają im spokojnie żyć. I które, najpewniej, zabiorą ze sobą do przyszłości.
"Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości"
Swietłana Aleksijewicz
Swietłana Aleksijewicz

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz